Magiczna sesja plenerowa o wschodzie słońca

18 marca 2021

Jako fotograf ślubów spotykam wiele par. Niektóre z nich zapisały się szczególnie w mej pamięci. Jedną z takich par jest niewątpliwie Paulina i Mariusz. Niezwykłe osoby, z którymi od pierwszych chwil świetnie się rozumiałem i czułem w ich towarzystwie. Rozsiądź się wygodnie, a ja opowiem Ci pewną historię…

JAK TO SIĘ ZACZĘŁO

Już w 2017 r. Paulina z Mariuszem zwrócili się do mnie z pytaniem, czy podejmę się roli fotografa podczas ich ślubu, który zaplanowali 2 lata po naszej pierwszej rozmowie.
Ustaliliśmy termin i przystąpiliśmy do dalszych ustaleń. Początkowo rozmawialiśmy przez Internet oraz telefon.

PIERWSZE SPOTKANIE

Dopiero kilka dni przed ślubem w końcu spotkaliśmy się przy kawie. Już od pierwszych chwil odkryliśmy, że świetnie się rozumiemy, niemalże bez słów. W trakcie kilku spotkań bez trudu ustaliliśmy, jak będzie wyglądała moja praca podczas ślubu, poprawin oraz sesji plenerowej.

Paulina i Mariusz od pierwszych rozmów zaskoczyli mnie swoją otwartością na wszelkie, nawet te najbardziej szalone pomysły. Marzeniem młodej pary była romantyczna sesja o wschodzie słońca. Początkowo szukali jakiegoś uroczego miejsca w okolicach moich stron, czyli Białej Podlaskiej. I w tym momencie, bez głębszego zastanowienia luźno rzuciłem, że najpiękniejsze wschody słońca są przecież w Bieszczadach. I wiesz co się wydarzyło? Paulina z Mariuszem, nie wchodząc w detale, niemal bez zastanowienia przyklasnęli temu pomysłowi.

ACH, CO TO BYŁ ZA ŚLUB…

W sierpniowy czwartek 2019 r. nadszedł wielki dzień młodej pary. Pomimo że byłem w sumie w pracy, to podczas wesela wyśmienicie się bawiłem. Paulina nie raz porwała mnie do tańca, a z Mariuszem, hmmm dość nieudolnie, snuliśmy plany o sesji w plenerze.

PODRÓŻ W BIESZCZADY

Następnego dnia goście weselni spotkali się ponownie na poprawinach. Potem, zaledwie po jednym dniu odpoczynku, w niedzielę zaplanowaliśmy wyjazd w Bieszczady. Plan był taki, że w niedzielne popołudnie ruszymy samochodem do Krakowa, gdzie młoda para przepakuje samochód przed wyruszeniem w góry. Jednak wiesz, jak to czasem bywa, plan był świetny, a my w pewnym momencie postanowiliśmy go „udoskonalić”. Już w drodze do Krakowa stwierdziliśmy, że raz się żyje i jedziemy prosto do bieszczadzkiej Wetliny. W jeden dzień, z przerwami na coś do jedzenia, pokonaliśmy bez mała 600 km. To nic, że jechaliśmy samochodem załadowanym po sam dach prezentami. Zdradzę Ci, że wśród pakunków znalazła się jedna, no może dwie, skrzynki wina.

Niestety zapomnieliśmy o kilku drobiazgach, o czym dość boleśnie przekonaliśmy się później…

Po drodze zdołaliśmy zarezerwować nocleg w niewielkim domku holenderskim. Już na miejscu przekonaliśmy się, że było tam dość ciasno, szczególnie dla osób mojego wzrostu. No
cóż, mierzę prawie 2 metry.

Na miejsce dotarliśmy późnym wieczorem, żeby nie powiedzieć nocą. No tak, ale, zamiast pójść spać, raczyliśmy się wybornym winem rozmawiając praktycznie o wszystkim. Jedynie rozsądek w pewnym momencie zagonił nas do łóżek. Nasz sen nie trwał długo, bo zaledwie po 2 godzinach zerwaliśmy się by wyruszyć na połoninę Caryńską.

ZDOBYWAMY SZCZYT

W świetnych humorach, totalnie niewyspani po 8-godzinnej podróży samochodem, ruszamy w górę. A tu niespodzianka… Te zapomniane drobiazgi, o których wspominałem wcześniej, to… brak wody do picia i przekąsek. A mianowicie z wielkim zaskoczeniem odkryliśmy, że pozostał nam jedynie jakiś napój energetyczny, zapomniany batonik i… wino. Tak zaopatrzeni ruszyliśmy na szczyt.

A jeszcze tuż przy parkingu drogę przeciął nam samotny wilk. Przez cały marsz z niepokojem wypatrywałem świecących się oczu dzikich zwierząt. Czy kolejny wilk stanie nam na drodze?

Droga na szczyt nie należała do najłatwiejszych. Nękały mnie obawy. Czy pogoda dopisze? Prognozy były optymistyczne, jednak wiesz, jak to bywa w górach. Tu pogoda potrafi się diametralnie zmienić niemal z minuty na minutę. A czy w ogóle zdążymy dotrzeć na szczyt przed wschodem słońca? Przecież byliśmy zmęczeni, po wyczerpującej podróży przez pół Polski oraz nieprzespanej nocy. Nie poddaliśmy się jednak i z wielką satysfakcją dotarliśmy na połoninę Caryńską. Przecież te wszelkie niedogodności sami sprawiliśmy sobie na własne życzenie.

NIECH DZIEJE SIĘ MAGIA

Kochana Matka Natura postanowiła nam wynagrodzić wszelkie trudy. Bezchmurne niebo, przepiękny wschód słońca, wszechogarniająca cisza, zakłócana jedynie pstrykaniem migawki aparatu… A z twarzy zakochanych ludzi biła miłość, zaufanie i przeogromne szczęście, bez najmniejszych nawet oznak zmęczenia.

Po zakończeniu sesji otworzyliśmy butelkę wina. Racząc się z Pauliną tym trunkiem, usiedliśmy, by napawać się widokami. Pierwsze promienie słońca nieśmiało muskały nasze twarze. To niemal mistyczne przeżycie sprawiło, że wszelkie zmęczenie odeszło w zapomnienie, a wewnętrzne baterie naładowałem nie na 100%, a nawet na 500%.

ZWYKLI NIEZWYKLI LUDZIE

Jako fotograf spotykam na swojej drodze wiele ludzi. Mam niebywałe szczęście fotografować niezwykłe osoby, takie jak właśnie Paulina i Mariusz.

Od pierwszych rozmów załapaliśmy nie tylko nić, ale wręcz cały kłębek porozumienia. Rozumieliśmy się niemal bez słów. Połączyło nas podobne postrzeganie świata oraz poczucie humoru. W ich towarzystwie czułem się fenomenalnie, jakbyśmy znali się od wielu lat.

W pierwszą rocznicę ślubu otrzymałem od Mariusza wiadomość. Nie zgadniesz, co tam było… Otóż Paulina z mężem ponownie podziwiali wschód słońca na szczycie połoniny Caryńskiej!
Mam nadzieję, że tym razem zabrali ze sobą zapas wody i jakieś kanapki ;-).

Często wspominam tą młodą parę. Gdybym tylko miał jeszcze szansę zrobić im sesję zdjęciową, bez wahania wziąłbym aparat i wyruszył w drogę…

A jak Paulina poznała Mariusza? Ich droga prowadząca do niezwykłej miłości i szczęścia jest pełna niespodzianek. W ich życiu nie brakowało cudownych chwil, dramatycznych wydarzeń, śmiechu oraz łez. Ale to już historia na osobną opowieść…

Total: